Rozdział I - Melusine
20XX, jesień
To już kolejny miesiąc tej apokalipsy. Dziennik pewnej kobiety obfitował w kolejne to nowe teksty, w których opowiadała o wydarzeniach, miejscach oraz jej dochodzeniach na temat rozwijania się i leczenia wirusa. Rudowłosa dziewczyna szła wręcz na palcach po ulicach miasta, a raczej przedmieścia. Patrolowała te miejsce, aby skontrolować, czy na pewno nie pojawił się nowy mutant w okolicy. Gdyby tak było, na pewno musiałaby skontrolować obronę domu, a co najważniejsze, uzbroić się przed potworem. Spacery nie były najbezpieczniejsze, ale były najcichsze i dzięki temu nie zwracała na siebie większej uwagi. Mogła chować się za kontenerami oraz w budynkach. Zombie na przedmieściach było raczej mało, rzadko zdarzały się ataki, a domy obfitowały w łupy, jakie mogła wsadzić do skrytki. Jej dom, mała chata zabita dechami i odgrodzona siatką z drutem kolczastym. Na szczęście, zombie i mutanty nie zbliżały się do takich miejsc, a Mel wiedziała, że mogła być bezpieczna. Ubrana w workowe, wojskowe spodnie, biały podkoszulek i z kurtką pilotką, poszukiwała kolejnego miejsca, które będzie mogła ograbić. Miała na plecach gigantyczny plecak, a w nim też na zapas kilka szmacianych toreb. Miała przy sobie posiłek, broń i inne rzeczy, jakie były jej aktualnie najbardziej potrzebne. W dłoni miała nierozłączną kuszę w razie ataku. Odetchnęła więc głęboko i weszła do jednego z domów. Zamknęła cicho drzwi za sobą i poszła do kuchni. Idealnie się stało, pełno puszek z jedzeniem, które ona składowała w piwnicy na zapas. Melusine chciała ograniczyć opuszczanie potem domu do minimum, więc zbierała wszystko. Talerze, kubki, wodę, jedzenie, a nawet przedmioty codziennego użytku, jak detergenty, szczoteczki, kosmetyki i inne takie.
To już kolejny miesiąc tej apokalipsy. Dziennik pewnej kobiety obfitował w kolejne to nowe teksty, w których opowiadała o wydarzeniach, miejscach oraz jej dochodzeniach na temat rozwijania się i leczenia wirusa. Rudowłosa dziewczyna szła wręcz na palcach po ulicach miasta, a raczej przedmieścia. Patrolowała te miejsce, aby skontrolować, czy na pewno nie pojawił się nowy mutant w okolicy. Gdyby tak było, na pewno musiałaby skontrolować obronę domu, a co najważniejsze, uzbroić się przed potworem. Spacery nie były najbezpieczniejsze, ale były najcichsze i dzięki temu nie zwracała na siebie większej uwagi. Mogła chować się za kontenerami oraz w budynkach. Zombie na przedmieściach było raczej mało, rzadko zdarzały się ataki, a domy obfitowały w łupy, jakie mogła wsadzić do skrytki. Jej dom, mała chata zabita dechami i odgrodzona siatką z drutem kolczastym. Na szczęście, zombie i mutanty nie zbliżały się do takich miejsc, a Mel wiedziała, że mogła być bezpieczna. Ubrana w workowe, wojskowe spodnie, biały podkoszulek i z kurtką pilotką, poszukiwała kolejnego miejsca, które będzie mogła ograbić. Miała na plecach gigantyczny plecak, a w nim też na zapas kilka szmacianych toreb. Miała przy sobie posiłek, broń i inne rzeczy, jakie były jej aktualnie najbardziej potrzebne. W dłoni miała nierozłączną kuszę w razie ataku. Odetchnęła więc głęboko i weszła do jednego z domów. Zamknęła cicho drzwi za sobą i poszła do kuchni. Idealnie się stało, pełno puszek z jedzeniem, które ona składowała w piwnicy na zapas. Melusine chciała ograniczyć opuszczanie potem domu do minimum, więc zbierała wszystko. Talerze, kubki, wodę, jedzenie, a nawet przedmioty codziennego użytku, jak detergenty, szczoteczki, kosmetyki i inne takie.
- Całe szczęście... - szepnęła do siebie, pakując wszystko do plecaka.
Rudowłosa przeszukiwała dokładnie wszystkie półki, a potem poszła do piwnicy. Zazwyczaj tam znajdują się inne ważne rzeczy, chociażby gaz, albo inne takie. I nie było tym razem inaczej. Znalazła jedną butlę, niedużą, więc schowała ją do plecaka i kilka suchych produktów żywnościowych. Uśmiechnęła się do siebie, zadowolona, że jeżeli ten dom tak obfitował w jedzenie, picie i inne produkty, ona będzie mogła wreszcie odetchnąć. Kiedy wyszła z piwnicy, usłyszała skrzypienie na schodach. Poczuła, że coś jest nie tak, więc mocniej złapała kuszę w dłoni i zagryzła wargę. Podeszła tak, aby lepiej wycelować, ale na górze nie był zombie, ale człowiek w całkiem dobrym stanie. Nie pogryziony, przynajmniej nie widziała żadnego ugryzienia na jego skórze.
- Stój i nie ruszaj się. Ręce do góry, jak mnie rozumiesz. - powiedziała.
Czarnowłosy chłopak spojrzał na nią, unosząc ręce w górę. Na szczęście, był to człowiek. Przystojny mężczyzna w młodym wieku, widocznie azjata. Mel opuściła swoją kuszę. Żaden z mutantów nie był aż tak rozumny, nie miał zdolności mowy. Do tej pory spotkała ich aż 12, każdy inny... Od razu w głowie zajaśniał jej obraz tytana, którego widziała raz, chciała o nim już zapomnieć... Dziewczyna nieco spuściła gardę.
- Jestem Melusine, ocalała. Nie byłam ugryziona, nie jestem zainfekowana. Jestem tu, bo szukam puszek z jedzeniem, aby zgromadzić największe zapasy jak mogę. Chcę pozostawać w ukryciu, aby nie wychodzić i nie ryzykować życiem. - powiedziała spokojnie, aby widział, że nie ma złych zamiarów. - Miło mi ciebie poznać. - dodała jeszcze szybko.
Chłopak był czysty, zadbany, może tu mieszkał i obrobiła mu cały dom? No, ale to nie jej wina. Podeszła do niego, podając mu swoją dłoń. Mężczyzna powoli obrócił się do dziewczyny, spuszczając swoje ręce i patrząc na nią z kamiennym, chłodnym wyrazem twarzy.
- Hm. - czarnowłosy spojrzał na wyciągniętą do niego rękę dziewczyny, chwilę się zastanawiając. - Haruki. - ścisnął jej rękę, mocnym, męskim uściskiem, po tym szybko ją puszczając. - Bierz, co chcesz. I tak już stąd idę. - powiedział chłodno, poprawiając plecak na ramionach i chowając broń do pasa.
Następnie ukłonił się lekko, wyminął dziewczynę i zaczął schodzić po schodach na dół jak gdyby nigdy nic. Mel nie wiedziała w sumie co ma zrobić, dlatego też podeszła do niego i lekko złapała go za ramię, aby go zatrzymać.
- Poczekaj. Nie spotkałam jeszcze żadnego ocalałego. Zanim odejdziesz, podzielimy się proszę informacjami? - zapytała. - Szczerze liczyłam, aby spotkać kogoś i założyć sojusz. Mogę zaoferować bezpieczne miejsce, jedzenie, łóżko... - dodała. - Informacji mam naprawdę wiele.
- Sory, ale nie jestem zainteresowany. Cały czas jestem w drodze. Osiedlanie się i zawieranie sojuszy to nie moja bajka. - Haruki spojrzał na dziewczynę kątem oka, zatrzymując się. - A jeżeli chodzi o informacje, to okolica powinna być w miarę czysta. Przeczyściłem ją wcześniej. Tyle powinno wystarczyć. - spojrzał na rękę dziewczyny, wciąż trzymającą go za ramię, a następnie z powrotem przeniósł wzrok do jej oczu.
- P-Proszę, może jednak mnie wysłuchasz... Świat teraz nie jest bezpieczny, aby wiecznie siedzieć samemu. Grupy dwu-trzy osobowe sprawią na pewno, że utrzymasz dobry stan psychiczny. Samotność nie pomoże tutaj w żaden sposób... Przemyśl to, błagam... Daj mi tylko powiedzieć co wiem o zombie, o mutantach i tym wszystkim... - szepnęła, trzymając go nadal.
W oczach rudowłosej była nadzieja. Nadzieja, że jednak jej wysłucha...
- Hah... - lekko zaśmiał się na słowa rudowłosej i spuścił nieco głowę, lekko ją kiwając. - Mówisz teraz o mnie, czy o sobie? Mi samotność nie przeszkadza, nie po tym wszystkim. Im mniej się przywiązujesz, tym mniej boli. - mężczyzna spojrzał prosto w jej oczy i złapał ją delikatnie za rękę, która znajdowała się na jego ramieniu, odciągając ją. - A o tych łajdakach wiem wystarczająco, dzięki.
- A co ty o nich niby wiesz? Wiesz o istnieniu mutantów topielców... Widziałam jednego, przegigantycznego potwora... W dzienniku jest kilkadziesiąt potworów... - powiedziała, odwracając wzrok. - Proszę, zastanów się... Nie chcę być sama. - Widziałem niejednego i zabiłem ich całkiem sporo, więc wiem co nieco, o to się nie martw. - ciemnowłosy uśmiechnął się lekko kątem ust i kiwnął przecząco głową, schodząc po schodach. - Aż tak zdesperowana jesteś? Mogę cię najwyżej odprowadzić do twojej miejscówki, ale potem się zmywam. Siedzenie na dupie nie jest dla mnie. Kieruję się na północ. Mam parę spraw do załatwienia. - powiedział, schodząc na parter i wchodząc do salonu z kuchnią.
Melusine patrzyła na chłopaka. Musiała go jakoś namówić, aby z nią został. Nie mogła zostać sama. Wiedziała, że jej psychika nie wytrzyma dnia bycia samemu. Myślała, że gadanie do siebie jej pomoże, ale nie pomogło....
- Tak, jestem zdesperowana, bo nie chcę w tych czasach chorować na nic związanego z głową. To by nie było dobre, ani dla mnie, ani dla nikogo. Więc proszę, zostań choć kilka dni... - powiedziała, spuszczając z początku głowę.
Jednak po chwili do ich uszu dotarły dziwne, niezbyt przyjemne dźwięki, które dochodziły z zewnątrz. Słychać było warczenie i głośne stukanie, jakby ktoś próbował przebić się przez płot. Prawdopodobnie było to stado szwendaczy, które widocznie dosłyszało się ich głosów...
- Słyszałaś to? - powiedział szeptem Haruki, momentalnie zapominając o poprzedniej rozmowie i odwracając głowę w stronę hałasu wraz z dziewczyną.
- To one... - szepnęła, wyjmując swoją nierozłączną kuszę zza pleców, jej dłonie lekko drżały, ale musiała dać radę... Kobieta spojrzała na mężczyznę, który stał obok, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. Nie musieli nic mówić, nie mogli nawet nic mówić... Ich życie zależało teraz od nich samych, i czy będą ze sobą współpracować. A może zamiast tego rozejdą się w 2 strony świata, żegnając drugą osobę na dobre? Kto wie?
Ilość słów: 1159
Komentarze
Prześlij komentarz