Rozdział II - Haruki

 Wrzesień 20XX roku. Kolejna jesień, gdy świat został pogrążony w śmierci i żałobie, a miasta z betonowych dżungli zaczęły przeradzać się w zazielenione lasy oraz ruiny, pełne bezdusznych i bezmózgich istot, które kiedyś można było nazwać ludźmi - swoimi braćmi i siostrami. 

 Wszędzie panuje chaos. Na każdym kroku - zawalone mury, budynki, zaschnięta krew i otaczający to wszystko smród śmierci, płynący wprost z gnijących, rozkładających się ciał. W takich warunkach, ciężko znaleźć jakikolwiek kąt, który można byłoby nazwać ''domem'', więc wędrówka nigdy nie ma końca. Trzeba iść dalej, nigdy się nie zatrzymywać. Nawet jeżeli serce przepełnione jest bólem, żalem i nostalgią. Nawet jeżeli wszystko boli... Trzeba iść na przód, bo życie toczy się dalej.

Chociaż mimo upływu lat, mimo przyzwyczajenia się do widoku gnijących na każdym kroku ciał... Ciężko jest patrzeć na to wszystko. Walka z tymi "bestiami" trwa już od miesięcy, lecz... Do tej pory, Haruki nie może w to wszystko uwierzyć. Za każdym razem, gdy jego ostrze ma już wykonać ostatnie cięcie, ma wrażenie, że tuż przed śmiercią... Ich oczy wciąż krzyczą o pomoc i lśnią strachem. Czy rzeczywiście te potwory, z którymi od miesięcy toczy walkę, są tylko i wyłącznie nieokiełznanymi, spragnionymi mięsa bestiami? Bez uczuć, bez emocji i bez życia? A jedyne, co pozostało w nich ludzkiego, to te martwe, rozkładające się skorupy? Czy może wciąż są ludźmi? Gdzieś głęboko, schowani tylko pod przykrywką i łańcuchami swej krwistej rządzy, której nie potrafią przezwyciężyć. A może tak na prawdę są już martwi, a jedyne, co w nich żywego pozostało to instynkt i mechaniczna praca serca, która zasila ich słabnące mięśnie?

To jest dylemat towarzyszący Harukiemu od lat, który mimo upływu czasu, wciąż ma więcej pytań i tajemnic niż odpowiedzi i wyjaśnień... Czy przez ten cały czas walczył ze swoimi braćmi, czy może usprawiedliwiać się walką z potworami, którzy dawno już zatracili swoje człowieczeństwo?

Jaki jest w ogóle sens tej walki, skoro wszystko, co cię otacza... Gnije i wali się na twych oczach?
---
 To był kolejny, słoneczny dzień wędrówki do nadmorskiej metropolii, jednego z większych miast w Stanach Zjednoczonych - Nowego Jorku. Haruki zgubił już rachubę czasu. Przez ile dni on już wędrował? Tydzień? Dwa? A może i miesiąc? Sam nie wie. Lecz w końcu, po dniach udręki i godzinach żmudnej, męczącej podróży, czarnowłosy mężczyzna w końcu dotarł na szczyt wzgórza, które było ostatnim jego przystankiem przed obranym wcześniej celem swej wyprawy. Mając za swoimi plecami całą dziką i nieokiełznaną przełęcz, jego oczom ukazała się przecudowna, oświetlona światłem słonecznym panorama miasta, zatapiającego się wręcz w roślinności.
 Haruki odetchnął głęboko, wpatrując się z podziwem na piękny, roztaczający się przed nim widok, a następnie rzucił swój plecak na ziemię,
kładąc się na niej na plecach. Świeże, rześkie powietrze i przejrzyste niebo... I to w Nowym Jorku. Kiedyś uznałby to za jakiś utopijny żart i głupią fantazję, lecz teraz, nie jest to nic dziwnego. Ah, nie może się już doczekać, gdy w nocy będzie mógł oglądać gwiazdy i całą galaktykę! To jest dopiero widok zapierający dech w piersi. 

 Po chwili odpoczynku i paru głębokich wdechach, chłopak wyjął ze swojego plecaka notes i kawałek węgla, a także nóż, którym zaczął ostrzyć małą skałę. Parę minut później, prowizoryczny ołówek był już gotowy, więc mężczyzna zaczął szkicować rozpościerającą się przed nim panoramę, nucąc przy okazji cicho jedną ze swoich ulubionych piosenek, którą jeszcze pamiętał gdzieś tam z tyłu głowy. Na początku powstał szkic, potem poprawienie linii i cieniowanie i... Voilà! Rysunek był już gotowy. Usatysfakcjonowany swym dziełem, Haruki uśmiechnął się do siebie i schował dziennik do plecaka, a następnie wstał, zarzucił go sobie na plecy i spojrzał ostatni raz na miasto. Głęboki wdech i wydech. Kolejny przystanek - przedmieścia. 
---
Dziwny, skrzeczący głos, pochodzący z zewnątrz. Głośne uderzenia o płot. Zmutowane krzyki. Zbliżające się wielkimi krokami niebezpieczeństwo. 

- Słyszałaś to? - szepnął cicho mężczyzna, przenosząc wzrok na nowo poznaną, rudowłosą kobietę.
- To one... - szepnęła, wyjmując kuszę zza pleców. 
- Musimy uciekać... Płot długo nie wytrzyma, a okna tym bardziej. - powiedział cicho, wystawiając rękę przed dziewczynę, by w razie czego móc ją ochronić. - Jakiekolwiek pomysły?
- Tylne wyjście. Musi gdzieś tu być tylne wyjście, prawda? - powiedziała, łapiąc jego dłoń i rozglądając się przy tym, czy ma wszystkie swoje rzeczy ze sobą. - Jak tak, biegniemy tylnym i uciekamy do lasu. Tam jest moje schronienie, o wiele bardziej ubezpieczone niż tutaj. - dodała.
- Eh... - westchnął głęboko na ponowne wspomnienie jej schronienia, lecz z drugiej strony wiedział, że nie ma innego wyjścia. Czas uciekał nieubłaganie, a śmierć czai się tuż za rogiem. Musi na razie z nią iść, czy tego chce, czy nie. - Dobra, niech będzie. Ale ja idę przodem, a ty trzymaj się blisko mnie, jasne? Tyle wyjście powinno być w garażu za salonem. Chodźmy... - szepnął, wychodząc na przód i powoli zaczynając prowadzić dziewczynę za sobą. 

 Jego dłoń zacisnęła się na jej ręce, stopy stąpały cicho i delikatnie po drewnianej, skrzypiącej podłodze, a głowa obracała się co jakiś czas na boki, wypatrując jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Mężczyzna zasłaniał kobietę praktycznie całym swoim ciałem, jakby chciał mieć pewność, że nic się jej nie stanie. To nie tak, że zależy mu na niej jakoś szczególnie, czy coś w tym stylu. Po prostu chce mieć sytuację pod kontrolą, bo śmierć tak pięknej kobiety... W sumie, śmierć kogokolwiek, nie jest pożądana ani mile widziana. Lecz kobiety w szczególności, ponieważ w tych czasach, są one cenniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, chociażby pod względem biologicznym. Haruki doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Więc doprowadzi ją do tego schronienia chociażby dlatego, by mieć pewność, że żyje. Tak, to będzie jego cel na tą chwilę. A później - ruszy swoją drogą. 

- Gotowa? - czarnowłosy spojrzał na kobietę, stojąc już przy drzwiach do garażu, unosząc przy tym delikatnie jedną brew do góry. 
- Tak... Gotowa... - powiedziała, spoglądając na ich złączone dłonie i trzymając drugą rękę w gotowości przy pasku, gdzie miała swoją broń.
 
 Wtedy, Haruki otworzył drzwi i uniósł swoją broń przed siebie na zapas, lecz na szczęście - w garażu nikogo nie było. Chłopak spojrzał pobieżnie na pomieszczenie, zgarniając po drodze jakieś narzędzia i amunicję, a następnie skierował się do drzwi wyjściowych, ponownie spoglądając na dziewczynę. 

- Ok, plan jest taki. Wychodzimy z domu na podwórko, a potem przechodzimy przez ogród i kolejne działki na główną drogę. Następnie kierujemy się na... Wschód, zachód? Gdzie jest te twoje schronienie? 

 Melusine odetchnęła cicho, a potem wyjęła swoją broń - była gotowa na wszystko. 

- Las jest widoczny z ulicy, więc będziemy biegli po prostu w tamtą stronę. Będzie to... Bodajże zachód. Tak, zachód. - powiedziała pewniej. Nie była pewna ze stresu, ale mimo wszystko, próbowała zachować jak najwięcej spokoju, aby nie sprawić problemu.
- Dobra. Od teraz gęba na kłódkę. Jak coś to szturchaj mnie za ramię. - dodał, po czym otworzył drzwi znajdujące się przed nim.

 Ich oczom ukazało się dosyć duże, zazielenione podwórko oraz wysoki płot, który mierzył koło 2 metry. Na ten moment nie było śladu po żywych trupach - najwidoczniej stado znajdowało się przed domem i nie zdążyło jeszcze dotrzeć w te miejsce, gdzie się teraz znajdowali. Lecz Haruki i Mel nie mogli spocząć na laurach, ponieważ lada moment i sytuacja może zmienić się o 180 stopni. 
 Czarnowłosy, po rozglądnięciu się dookoła, podszedł z kobietą do płotu, a następnie kiwnął głową, kucając i wystawiając ręce tak, by ją podsadzić. Mel zrozumiała przekaz, więc ostrożnie stanęła na jego rękach i wspięła się na płot, po chwili zeskakując na drugą stronę. Rudowłosa od razu przygotowała swoją kuszę, rozglądając się za zombiakami, a kilka sekund później, dołączył do niej Haruki, również zaczynając się rozglądać. 

(...)

 Kilkanaście minut później, para wyszła bezpiecznie na główną drogę. Mel stuknęła wtedy Harukiego w ramię, by zwrócić jego uwagę, a następnie pokazała palcem las, w kierunku którego mieli teraz iść. Mężczyzna kiwnął potwierdzająco głową, rozumiejąc jej bezsłowny przekaz, a potem zaczął iść z Mel na zachód, zgodnie z jej wskazówkami. 
 Jednak nie mogło być tak pięknie. Nagle, para usłyszała za plecami dziwny dźwięk, który mógł oznaczać tylko jedno - nadchodzące kłopoty. Haruki spojrzał się wtedy do tyłu i ku jego oczekiwaniom - ujrzał za nimi stado szwędaczy, którzy kierowali się w ich stronę. Mężczyzna złapał wtedy dłoń rudowłosej i zaczął biec szybko przed siebie, chcąc ominąć walkę i uciec z niebezpiecznego obszaru. Mieli już skręcać w kolejną uliczkę, lecz wtedy, przed ich oczami stanęło kolejne stado zombiaków - byli otoczeni.

- Kurwa. - czarnowłosy przeklął pod nosem, podnosząc przy tym swoją broń i celując nią do znajdujących się przed nimi wrogów. - Uważaj na siebie, Mel! Ty bierzesz tył, ja przód! - dodał, puszczając jej rękę i zestrzeliwując zbliżających się w ich stronę zombiaków.
- Jasne! - krzyknęła, a potem wyciągnęła szybko z kieszeni bełty do kuszy, aby móc od razu przeładować, gdy się skończą.

 Kobieta zaczęła strzelać po kolei do każdego prosto w ich czoła. Miała sokole oko - widać było, że albo ćwiczyła, albo wojsko nauczyło jej wiele. Jednak mimo wszystko, wrogów ciągle przybywało i sytuacja zaczęła robić się nieciekawa.

- Żałuję, że nie mam żadnego cholernego granatu! - krzyknęła nagle, nadal strzelając do szwendaczy. 
- Ja też, bo jest ich coraz więcej! - odpowiedział, cofając się nieco i stykając się z nią plecami, wciąż strzelając do nadchodzących wrogów. - Musimy spierdalać, bo zaraz zrobi się nieciekawie! Jakieś pomysły?!

 Dziewczyna rozejrzała się szybko, a potem popatrzyła na samochody. 

- Na dachy! - krzyknęła. - Skaczemy bardzo szybko dachami samochodów. Nie złapią nas, nie wdrapują się!

Mel pociągnęła go najbliższego samochodu i wskoczyła na jego dach, a następnie zaczęła parkourem przeskakiwać z auta na auto, patrząc co jakiś czas za siebie, czy chłopak nadal jest za nią.

- Chodź! - krzyknął po chwili mężczyzna, zeskakując z ostatniego samochodu i chwytając ją za rękę, by uciekać co sił od stada żywych trupów. 
---
 Haruki i Mel wbiegli już do lasu, w którym znajdowało się schronienie dziewczyny. Ku ich szczęściu, udało im się zgubić ścigające ich stado, więc jak na razie byli bezpieczni i mogli chwilę odetchnąć. 

- Uf! Chyba... Chyba ich zgubiliśmy... - odparł, dysząc po intensywnym biegu i siadając przy jednym z drzew.
- Jak twoja ręka? - spytała nagle dziewczyna, również dysząc i przenosząc wzrok na jego ranną rękę, która intensywnie sączyła się krwią.

 Haruki nie został ugryziony ani zainfekowany, lecz niestety, podczas ucieczki przez las, zahaczył dosyć mocno o wystającą gałąź drzewa, przez co rozerwał nieco skórę na swoim ramieniu i zrobił sobie dosyć głęboką ranę, z której krew skapywała na trawę obok, barwiąc ją na czerwono.

- Jest ok. Po prostu... Trochę piecze. - dodał, przenosząc wzrok na zmartwione oczy dziewczyny. - Kurwa, tak się rozglądałem za stadem, że nie zauważyłem tego konara... Dlatego wolę działać w pojedynkę, bo praca w grupie mnie rozprasza. Aah... A ci nic nie jest?

 Dziewczyna popatrzyła na jego ranę, a potem wyjęła swoją chusteczkę i przyłożyła ją do jego ramienia, naciskając na nie tak, by choć trochę zatamować sączącą się krew.

 - Ze mną jest w porządku. Parę siniaków. W każdym razie, nic poważnego. - powiedziała do niego. - Jak dojdziemy do domu, opatrzę ci rękę dokładniej i założę bandaże. Zrobię też coś do jedzenia i do picia... Będzie w porządku, na prawdę... Zaufaj mi... - dodała, siadając po chwili obok niego, wciąż trzymając chustkę przy jego ranie.
- ... - Haruki spojrzał wtedy w jej oczy, lecz po chwili odwrócił wzrok, wzdychając i spoglądając w niebo. - Hah... Chyba nie mam wyjścia i muszę zostać tu choć parę dni, by wyleczyć ranę... Hah... Zrobiłaś to specjalnie, prawda? Może tak na prawdę jesteś wiedźmą mieszkającą w lesie, która rozkazała swoim drzewkom mnie zranić, bym został tu na dłużej, hm? - dodał, lekko się uśmiechając i żartując.

 Dziewczyna popatrzyła się wtedy w jego oczy, a potem odetchnęła cicho i zaśmiała się cicho z tego mini żartu, jaki zrobił. 

- Oczywiście, że tak. Opierałeś się, więc nie miałam innego wyjścia. Trzeba było się zgodzić, to twoja rączka byłaby teraz cała i zdrowa. - powiedziała, śmiejąc się cicho, a potem odetchnęła, opierając się o drzewo za nimi. 
- Hah, no tak. Ale swoją drogą... Wiesz, że to bardzo nieodpowiedzialne z twojej strony? Zapraszać zupełnie obcego faceta do swojej kryjówki? Co jak ci coś zrobię? W końcu jestem silniejszy, nie masz ze mną szans. - odparł, ponownie przenosząc na nią wzrok. - Może i żyjemy w trudnych czasach, ale potwory wciąż się czają. Nie powinnaś o tym zapominać. Szczególnie, że jesteś kobietą, a kobiety w tych czasach to złoty towar. - dodał, referując o mężczyznach jako ''potworach''.
- Masz rację. Ale szczerze? Teraz nie mam nic do stracenia. Nie mam nikogo, jestem sama jak palec, więc każda rozmowa teraz dla mnie jest jak skarb. Poza tym... Wierzę, że nie jesteś złym człowiekiem. A przynajmniej chcę w to wierzyć... - powiedziała do niego. - W tych czasach... Śmierć z ręki zombie jest gorsza, niż śmierć z ręki innego człowieka... - dodała.
- Ciężko się nie zgodzić. Lecz i tak, powinnaś być bardziej ostrożna. - odparł, po chwili wstając i wyciągając do niej rękę. - Chodź, im szybciej dotrzemy do tego twojego schronu, tym lepiej. Nie wiadomo, kiedy zombie mogą wrócić. A ja obiecałem sobie, że doprowadzę cię bezpiecznie do domu, a swego słowa zawsze dotrzymuję, więc... Chodźmy. Nie mamy czasu do stracenia.

Liczba słów: 2182
<następne opowiadanie>

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział I - Melusine

Melusine d'Arquien - formularz postaci